wtorek, 28 czerwca 2011

Melancholia

Melancholia

Melancholia reż. Lars von Trier


Na każdy kolejny film Larsa von Triera czekam z ciekawością graniczącą z pewnym niepokojem. Tym razem słynny Duńczyk uraczył nas opowieścią o dwóch siostrach – racjonalnej Claire (Charlotte Gainsbourg) i obdarzonej pewnym bagażem kłopotów psychicznych Justine (Kirsten Dunst). Jak sam reżyser podawał w wywiadach film jest wynikiem jego walki z depresją.

Film rozpoczyna się ciekawą acz nużącą sekwencją. Przy bardzo patetycznej muzyce widzimy obrazy pozornie nie mające ze sobą wspólnego. Dopiero w trakcie seansu można zrozumieć ich sens – to swoisty skrót wydarzeń pokazanych w filmie.

Poza wstępem film składa się z dwóch części. Pierwsza zatytułowana „Justine” pokazuje ślub młodszej siostry. Szczęście panny młodej jest pozorne. Wystrojona w suknię ślubną przechodzi niezbyt udanie przez kolejne rytuały wesela toczącego się wśród dusznej rodzinnej i zawodowej atmosfery. Lecz to nie atmosfera niszczy jej nową drogę życia lecz ona sama – mimo prób nie potrafi żyć normalnym życiem, dobitnie kłóci się z szefem (Stellan Skarsgård) i odchodzi od świeżo poślubionego małżonka (Alexander Skarsgård).

Druga część zatytułowana „Claire” toczy się po weselu. Do starszej siostry i jej męża (Kiefer Sutherland) przyjeżdża Justine. Jest ona w poważnej depresji, wykazuje brak jakichkolwiek chęci do życia. Claire stara się pomóc siostrze lecz jej próby skazane są na niepowodzenie. Dopiero informacja o prawdopodobnym końcu świata wybudza Justine z apatii. Do Ziemi zbliża się przemierzająca kosmos planeta Melancholia. W obliczu wzrastającego zagrożenia racjonalizm Claire gdzieś się gubi, wykonuje mnóstwo bezmyślnych i niepotrzebnych gestów. Dla Justine koniec świata wydaje się być czymś wytęsknionym – jej niechęć do życia wręcz wita z radością Melancholię.

Katastroficzny. Przypisując etykietki temu filmowi, nie można ominąć tej. Jednak to nie są katastrofy, do jakich kino zdążyło nas przyzwyczaić. Zderzenie planet jest jedynie pretekstem do opowiedzenia o różnicach w postrzeganiu świata przez osoby zdrowe i chore umysłowo. Chyba się udało. Duża w tym zasługa aktorek wcielających się w główne role kobiece a przede wszystkim Kirsten Dunst, której kreacja Justine jest najlepsza w dotychczasowej karierze.


1 komentarz:

  1. Hmm ja mam trochę inne spojrzenie na ten świetny film zapraszam do mnie http://gazetafilmowa.wordpress.com/2012/02/12/film-ktory-mnie-dotknal/

    Michał

    OdpowiedzUsuń